Różany płyn do twarzy (i włosów!) - Fitomed

Od dawna marzył mi się płyn różany i jak się okazało spisał się na medal nie tylko w pielęgnacji twarzy! :)


Skład: Aqua, Rosa damascena Flower Water, Glycerin, Panthenol, Peg-40 Hydrogenated Castor Oil, Annantoin, Cytric Acid, Phenoxyethanol (and) Ethylhexylglycerin, Aniba Rosaedora, Iinalool, C.I.16255.

Po pierwsze zapach mgiełki jest lekki, świeży, delikatnie różany, ale choć lubię kwiatowe nuty ta nie do końca trafiła w moje upodobania. Na początku wydawało mi się też, że taka forma aplikacji jest świetna, ale zupełnie nie mogłam się do niej przyzwyczaić - zawsze, gdy zamykałam oczy i "psikałam" płynem w twarz, aż podskakiwałam :D na co dzień wolę używać go jako toniku za pomocą wacika.

Działanie:

* wchłania się niemal natychmiastowo!
* nie pozostawia tłustych plam, nie ma też po nim błyszczenia, ani uczucia "klejącej skóry" nawet po obfitym spryskaniu,
* stanowi doskonałe ukojenie po "mocniejszym" makijażu,
* dobrze odświeża, czasem lubię sobie psiknąć nim, gdy czuję, że mam spiętą skórę,
* naprawdę nawilża,
* nie zapycha i nie podrażnia,
* bardzo wydajny - często używam do twarzy i włosów, a zużycie jest praktycznie żadne.

Jako mgiełka do włosów:

* ujarzmia i dyscyplinuje włosy, gdy czasem mają "dzień puszenia",
* sprawia, że stają się nieco bardziej mięciutkie,
* ułatwia rozczesywanie,
* włosy stają się bardziej podatne na układanie,
* nie wzmaga przetłuszczania.


Na koniec chciałam przypomnieć o moim ROZDANIU w którym to możecie wygrać Shinybox'y - możecie zgłaszać się do piątku (włącznie).

Ten tydzień zapowiada się okropnie, aktualnie kończę szkołę, ale póki co czeka mnie mnóstwo sprawdzianów. W najbliższym czasie muszę, więc nieco przystopować na blogu, ale na pewno pojawi się obiecana recenzja Aloevitu i najnowszy fotomix :)

Czytaj dalej »

"Oddaj krew - podziel się życiem"

Post miał się pojawić wieeeki temu, ale zniknął mi gdzieś w stosie kopii roboczych :(

Dziś zupełnie niekosmetycznie, bo o sprawie wyższej rangi. Mam nadzieję, że nie zanudzę Was tym postem, a zachęcę do pomocy innym :)
 
Regionalne Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Kielcach (jak pewnie większość takich ośrodków w Polsce) wielokrotnie apeluje o honorowe oddawanie krwi, której niestety w Świętokrzyskich szpitalach panuje poważny deficyt. Postanowiłam nie być obojętna i ostatnio po raz pierwszy udałam się do RCKiK (chciałam zrobić to już dawno, ale niestety musiałam czekać na osiemnastkę). Jestem bardzo mile zaskoczona organizacją w takich miejscach - pełno życzliwych osób, które chętnie udzielają odpowiedzi na wszystkie pytania, służą pomocą co nie oszukujmy się - rzadko zdarza się w innych punktach służby zdrowia. 


Dla nas ta stosunkowo krótka godzina (rejestracja, badanie i ostatecznie oddawanie krwi - jednorazowo 450ml) może uratować życie innego człowieka i przede wszystkim tym powinniśmy się kierować. Znam wiele osób, które krytycznie wypowiadają się na ten temat i nawet nie chcą słyszeć o krwiodawstwie. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, przecież każdy z nas bądź naszych bliskich nagle może znaleźć się po tej drugiej stronie i jej potrzebować! Oczywiście każdy ma prawo do własnego zdania, ale głoszenie tak często słyszanych przeze mnie teorii, że nie opłaca się tego robić dla kilku marnych czekolad według mnie jest nie na miejscu.


Jeśli wahacie się i wierzycie w pewne mity z tym związane pamiętajcie, że:

* podczas donacji krwi nie można zarazić się żadną chorobą (np. HIV czy żółtaczką),
* jednokrotne oddanie krwi nie oznacza, że będziesz musiała robić to stale, gdyż nie powoduje to nadprodukcji krwi,
* nieważne jaką masz grupę krwi (choć najbardziej pożądaną grupą jest O i B),
* całość wcale nie jest, aż tak bolesna! - mówi to Wam osoba mega wrażliwa na ból,
* ...i co najważniejsze - krwi nie można sztucznie wyprodukować zatem czyjeś zdrowie i życie leży tylko w naszych rękach.

Więcej szczegółów możecie poznać np. TUTAJ.

Po oddawaniu krwi tak naprawdę nie powinno się odczuwać różnicy w samopoczuciu. Niestety jak się okazało (nie mam na celu kogoś zniechęcać czy straszyć) chyba nie jestem stworzona do krwiodawstwa, bo przez kilka dni czułam się fatalnie - zawroty głowy i ogólne osłabienie doskwierały mi bez przerwy. Mimo to satysfakcja jest zdecydowanie większa i z pewnością powtórzę to jeszcze nie raz :)

Są wśród moich czytelniczek Dawczynie Krwi? Pochwalcie się! :)
Czytaj dalej »

Jak aktualnie pielęgnuję włosy?

Już dawno obiecałam tego typu post na blogu, ale jak to zwykle bywa - nie mogłam się do tego zebrać. Ostatnio nie mam za wiele czasu na eksperymenty, domowe sposoby itd., więc postawiłam na minimalizm. Staram się też systematycznie zużywać moje odżywki, nie otwierać kilku na raz, bo wiem, że znów może coś się zepsuć w połowie opakowania.


W dni, w które wracam do domu względnie wcześnie:

1. Nakładam na włosy olej. Nie lubię nakładać go solo, wypracowałam, więc swoją ulubioną mieszankę: 1/2 łyżki oleju (aktualnie Babydream fur Mama) + 1/2 łyżki maski (Gloria) + kilka kropel nafty Anna (trzymam to na włosach 3-4 godziny).

2. Następnie włosy myję szamponem Timotei with Jericho Rose - Lśniący Blask.

3. Wcieram ok. 4ml pielęgnacyjnej wcierki Aloevit w skórę głowy (za pomocą strzykawki).

4. Nakładam dosłownie odrobinę odżywki b/s Naturia z miodem i cytryną (nie lubię jej, ale staram się wykończyć), a następnie silikonowe serum na końcówki Kuracja z olejkiem arganowym Marion.

W dni, w które mam mało czasu lub jestem zmęczona:

Szampon Timotei ---> odżywka d/s Garnier Sekrety Prowansji z lawendą i różą ---> wcierka Aloevit ---> odżywka b/s Naturia ---> serum na końcówki Marion.

Tak w skrócie wygląda to co używam, włosy nie protestują i choć pewnie większa różnorodność bardziej by im służyła póki co to musi wystarczyć. Nie do końca odpowiada mi aktualny szampon, ale chyba już nic nie zdoła pobić moich ulubionych Fructisów :) 

Pozdrawiam, Paula :)

Czytaj dalej »

Dwa ulubione produkty do końcówek

Dzisiaj będzie krótko, bo czuję się nie najlepiej (chyba szykuje się pierwsze przeziębienie tej wiosny), a mam dzisiaj w planach porządne sprzątanie,  angielski i moją ulubioną Mel B! :)

Odkąd obcięłam końcówki staram się nie zapominać o ich zabezpieczaniu, bo jak wiecie kolejne podcinanie planuję dopiero na przełomie maja/czerwca. Najlepsze (takie który sprawdziły się w moim przypadku) produkty to Silk dolce cristals i Kuracja olejkiem arganowym z Marionu.


1. To niewielka buteleczka (ma zaledwie 15ml), ale niezwykle wydajna. Używam jej od paru miesięcy naprawdę często i zużyłam dopiero ok. 2/5. Świetnie zabezpiecza, zawsze po zastosowaniu mam wrażenie, że końcówki są dużo bardziej okiełznane, nie ma mowy o puszeniu. Tak jak pisze producent "nie obciąża i nie tłuści". Jedynym minusem jest bardzo słaba dostępność - silk można kupić jedynie (chyba) na Crinis za 7zł + przesyłka.

2. Produkt, który chyba nigdy się nie kończy! Jest ze mną bodajże od 2012 roku (ważność upływa w czerwcu 2014), a ledwo dotarłam do połowy, na szczęście ostatnio pomaga mi mama :D Znacznie dodaje blasku końcówkom, wydają się być zdrowsze i zdyscyplinowane. Serum ma bardzo ładny, intensywny zapach, który dość długo pozostaje na włosach. Naprawdę trudno przesadzić z ilością, nawet jeśli optycznie nałożę go za dużo końce nie są obciążone. Dodatkowo duży plus za pompkę. Dostępny w Naturze i małych drogeriach za ok. 10zł/50ml.

A Wy macie swój ulubiony produkt do końcówek? ;)

PS.  Zapraszam do zaobserwowania mnie na Instagramie.

Czytaj dalej »

Udany ShinyBox (marzec 2014) + kąpiel z anatomicals

Cześć Dziewczyny!

Jak wiecie dwa ostatnie pudełeczka Shinybox jakoś szczególnie mnie nie zachwyciły w tym miesiącu jednak jest naprawdę udane! Zanim je otworzyłam przypuszczałam, że będzie dobrze - było znacznie cięższe niż zwykle. W środku można znaleźć godne uwagi kosmetyki firm, których do tej pory nie miałam w swoich zbiorach (z wyjątkiem żelu pod prysznic).


Co dokładnie znalazło się w marcowym pudełku?

* Zmysłowy Scrub Solny DELAWELL - idealnie trafiony, bo właśnie skończył mi się peeling do ciała i rozglądałam się za nowym. Ładnie pachnie i wygląda, zawiera m.in. kryształki soli, liczi, witaminę E, masło Shea, olej jojoba, makadamia i wosk pszczeli.

* Żel pod prysznic Golden Pineapple ORIGINAL SOURCE - to mój już któryś z kolei żel z tej firmy. Ma bardzo przyjemny zapach, ale póki co stoi w długaśnej kolejce (ostatnio przybyło mi mnóstwo tego typu produktów).

* Biosiarczkowy żel głęboko oczyszczający do mycia twarzy BALNEOKOSMETYKI - cieszę się, że również znalazł się w Shinyboxie, bo zapowiada się świetnie! Na razie nie mogę za wiele powiedzieć o działaniu, ale producent obiecuje poprawę wyglądu, łagodzenie stanów zapalnych, niwelowanie trądziku, a także ma chronić przed zaskórnikami i wągrami.

* Sebium Pore Refiner Krem BIODERMA - jestem bardzo ciekawa czy rzeczywiście kremy tej firmy są tak dobre jak się słyszy i działanie jest adekwatne do dość wysokiej (moim zdaniem) ceny. Ten konkretny ma za zadanie sprawić by skóra stała się delikatna, regularna i czystsza, a pory zwężone i mniej widoczne.

* Biała glinka ORGANIQUE - dzisiaj będę testować, liczę, że dobrze się spisze :) Polecana jest dla osób z delikatną, wrażliwą i zmęczoną skórą. Jedyne co mi się nie podoba to zakręcany słoiczek - otwarłam ją póki co dwa razy i w obu przypadkach sporo się wysypało (mimo, że robiłam to ostrożnie).

* Żel do twarzy z 2% kwasem salicynowym PAULA'S CHOICE - tutaj nie wiem co sądzić, niepokoją mnie kwasy, boję się, że mogą trochę namieszać na mojej twarzy, która lubi czasem kaprysić. Ma za zadanie usunąć zanieczyszczenia i nadmiar sebum. Jeszcze się zastanawiam, ale chyba produkt zmieni właścicielkę :)

* Próbki z CLOCHEE - wygładzający olejek do demakijażu, lekki balsam nawilżający, krem nawilżająco-ujędrniający i serum silnie nawilżające. Dodatkowo przydatna rozpiska składników występujących w kosmetykach (z podziałem np. na silikony, parabeny), która powędrowała do mojego portfela. Na pewno będzie pomocna na zakupach, nigdy nie udało mi się na dłużej zapamiętać większości z nazw :)

Dodatkowo otrzymałam zestaw z anatomicals - jest głownie różowo i pozytywnie, czyli w sam raz na relaksującą kąpiel po ciężkim dniu. W jego skład wchodzi przyjemnie pachnąca sól (różana?), świeca, maska do twarzy i najlepsze... DMUCHANA PODUSZKA z przyssawkami do wanny! :)


Jeśli miałybyście ochotę wygrać taki zestaw warto zajrzeć TUTAJ.

 
Aktualnie na stronie Shinyboxa możecie zamówić już kolejną wersję pudełka, która tym razem ma zadbać nie tylko o urodę, a także o naszą sylwetkę, czyli coś w sam raz na zbliżającą się wiosnę! :)

PS. Pamiętajcie, że u mnie też możecie wygrać podobne pudełko --> TUTAJ.

A jak Wasze wrażenia odnośnie najnowszego Shinyboxa? :)

Czytaj dalej »

Nawilżający krem na noc i pod oczy - Madame Lambre

Dzisiaj dwa kremy, które były ostatnio stale obecne w pielęgnacji mojej twarzy :)


Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tą marką i pierwsze co mnie oczarowało to piękne opakowania. Pierwszy raz spotykam się z tak oryginalnym pomysłem na pojemniczki - śliczne wzory, dodatkowo nie są wykonane z plastiku, a bardzo twardej tektury.

Zawierają m.in.: Spirulinę, kwas hialuronowy, masło Shea (w tym witamina A i E). Kremy pachną mi ogórkiem i mają lekko zieloną barwę :)


Do niedawna nie przykładałam zbytniej wagi do pielęgnacji twarzy - jak się okazuje była znacznie przesuszona, bo chłonęła kremy jak gąbka :)

Gdybym nie przekonała się na sobie mogłabym nie dowierzać w obietnice producenta, ale faktycznie nie mogę się nie zgodzić z tym, że bardzo szybko i skutecznie nawilża. Jestem jeszcze młodą osobą, ale niejednokrotnie widać po mnie zmęczenie - zwłaszcza po nieprzespanej nocy. Po regularnym stosowaniu widzę realną różnicę w napięciu skóry, jest bardziej odżywiona i promienna. Lubię także ten efekt gładziutkiej i delikatnej twarzy, który nie jest w tym przypadku chwilowy.

Bardzo bałam się, że przyczyni się do powstawania wyprysków, na szczęście obyło się bez przykrych niespodzianek. 

Mam wrażenia, że oba nie różnią się zbytnio działaniem (bynajmniej ja tych różnic nie wychwyciłam) i sam krem na noc zdecydowanie by mi wystarczył. Szybko się wchłaniają co jest dla mnie bardzo ważne, bo zdarza mi się spać na twarzy :D (taki urok bolących uszu dzięki dodatkowym kolczykom). Ogólnie jestem zadowolona z efektów, nie ma się do czego przyczepić w ich działaniu. Jedynym minusem może być cena - 40zł za krem na noc i 30zł za krem pod oczy - jednak oba są bardzo wydajne i to inwestycja na naprawdę długie miesiące.

Pozdrawiam Was serdecznie, Paula :)

Czytaj dalej »

Okulary Firmoo tym razem u mnie :)

Bardzo dawno temu, gdy zaczynałam dopiero swoją przygodę z blogowaniem natknęłam się na całą masę recenzji okularów Firmoo. Strasznie chciałam je mieć, ale dość szybko zapomniałam o całej sprawie. Parę miesięcy temu zmęczona uporczywym bólem oczu zwłaszcza przy komputerze wybrałam się do okulisty, gdzie też nabyłam w późniejszym czasie okulary. Tydzień po zakupie dostałam e-maila od Firmoo z propozycją współpracy, początkowo długo nie odpowiadałam, bo generalnie nie widziałam sensu w posiadaniu drugiej korekcyjnej pary. Aż to czasu, gdy znalazłam na stronie swoje wymarzone okulary przeciwsłoneczne (na stronie dostępne tutaj) :)


Zawsze ciężko było mi dopasować coś do twarzy, praktycznie w każdych wyglądam komicznie, a te od razu wydały mi się najodpowiedniejsze - duże (idealnie można się na nimi schować) z ciekawym wykończeniem. Są zadziwiająco dobrze wykonane i rewelacyjnie przyciemniają - wreszcie będzie mi się dobrze jeździć samochodem w słoneczne dni.

Paczka przybyła do mnie niezwykle szybko - spodziewałam się długiego czekania, a kurier zaskoczył mnie już po kilku dniach. Wszystko dobrze zapakowane, nie ma się do czego przeczepić. Oprócz okularów w zestawie oczywiście był też śrubokręt, zapasowe śrubki, ściereczka, materiałowe i plastikowe etui.

bardzo długo myślałam nad tym czy dodać to zdjęcie - zrobione na szybko, zupełnie się tu sobie nie podobam ;)

Świetną opcją jest możliwość zamówienia pierwszej pary całkiem za darmo pokrywając jedynie koszt wysyłki. Moja mama po obejrzeniu tych okularów postanowiła skorzystać z okazji ;)

Na stronie Firmoo zdarzają się też inne ciekawe promocje, więc warto zaglądać :)
Czytaj dalej »

Ostatnio wypalone woski Yankee Candle

Cześć Dziewczyny!

Dawno nie było u mnie postu o Yankee Candle, więc dzisiaj dwa urocze zapachy, które ostatnio często gościły w moim pokoju ;)


Pierwszy z nich Paradise Spice (Przyprawy z raju) zawiera w sobie zapach bananów, wanilii, cynamonu oraz goździków. Choć w opakowaniu zapowiadał się intensywny i ostry po roztopieniu w kominku stał się delikatniejszy. Uwielbiam korzenne przyprawy, które tutaj zdecydowanie dominują - razem z bananem stworzyły przyjemny, kremowy i słodkawy zapach. Obawiałam się go, bo naczytałam się sporo opinii jak bardzo jest duszący i zbyt mocny - nie wiem, może mam inną tolerancję na zapachy i gust, ale dla mnie należy do tych bardziej łagodnych :)

Drugi to Beach Wood (Drewno z plaży). Wosk był dla mnie niemałą zagadką - nigdy w zasadzie nie byłam nad morzem, nie potrafię, więc wyobrazić sobie jego zapachu, nie mówiąc już o wyrzuconym na brzeg drewnie. W przeciwieństwie do poprzedniego nie czuć tu za wiele słodkich nut, a dużo lekkości. Chyba nie tylko mi kojarzy się nieco z perfumami, dodatkowo jest tam coś słonego i korzennego. Nie jest duszący mimo, że zapach jest dość intensywny. Ogólnie w moim odczuciu wypada na plus choć z pewnością nie jest moim ulubieńcem.

Woski możecie zamówić np. na Yankee Store.

Znacie te dwa zapachy? :)

PS. Będzie mi bardzo miło jeśli zaobserwujecie mnie na moim świeżo powstałym Instagramie :)

Czytaj dalej »

Maska na "specjalne okazje" - Goodbye Damage!

Jakiś czas temu głośno było na temat serii kosmetyków obiecujących magiczne naprawienie całorocznych zniszczeń włosów (takie jak farbowanie, kontakt z wysoką temperaturą i agresywne szczotkowanie) w zaledwie jeden tydzień.

W aż takie cuda niestety nie wierzę, ale muszę przyznać, że z maseczką naprawdę się polubiłam :)


+ Zapach maseczki jest wyjątkowo przyjemny i dodatkowo długo wyczuwalny.

+ Konsystencja także na plus - gęsta, kremowa, dobrze się nakłada i nie spływa.

+ Odkręcany słoiczek (to lubię jeśli chodzi o maski!) ułatwia wydobywanie. Produkt bardzo wydajny.

+ Tak jak napisałam już w tytule - idealna przed ważnym wyjściem. Zawsze, gdy czeka mnie jakieś spotkanie/impreza i chcę mieć pewność, że moje włosy nie zachcą akurat zrobić mi psikusa jest niezastąpiona. Włosy są po niej niesamowicie zdyscyplinowane, mięciutkie, błyszczące, dociążone i lepiej się układają. Dodatkowo, gdy mam ochotę na proste włosy zawsze wcześniej stosuję akurat tę maseczkę dzięki czemu są doskonale gładkie - efekt tzw. lejącej tafli :)

+ Nie mam po niej problemów z rozczesywaniem, szczotka/grzebień łatwo suną po śliskich włosach.

- Trzeba przyznać, że maseczka daje świetne efekty wizualne, ale nie naprawia zniszczeń! Niestety producent nieco zagalopował się w obietnicach (nic nie zmieni mojego zdania - jedynym skutecznym ratunkiem dla rozdwojonych końcówek jest jedynie ich obcięcie). 

Producent zaleca trzymanie jej zaledwie przez 3 minuty. Choć jestem zwolenniczką długiego "noszenia" masek na włosach, po kilku próbach stwierdzam, że optymalny czas dla tej konkretnej to nie więcej niż 15 minut - dłuższy powoduje, że włosy są lekko obciążone i tracą na objętości.

Podsumowując maska jest moim hitem zwłaszcza w takie "szczególne dni". Na co dzień jednak stawiam na bardziej nawilżające odżywki :)

Maskę możecie nabyć np. TUTAJ

Macie coś z tej serii? :)

Czytaj dalej »

Włosowa aktualizacja (kilka odsłon) + jak się miewa moje włosomaniactwo?

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj pierwszy raz od listopada na blogu pojawia się włosowa aktualizacja. Tym razem więcej zdjęć niż zwykle choć i tak znów nie udało mi się żadnego zrobić w świetle dziennym.


Jak możecie zobaczyć włosy praktycznie przestały się kręcić za wyjątkiem końcówek, które po rozpuszczeniu nocnego koczka czasem podkręcam palcami. Staram się zawsze używać odżywek d/s jak i b/s (dawniej nie zawsze mi się chciało) i dzięki temu stały się bardziej dociążone - praktycznie nie zdarza mi się mieć już puchu na głowie nawet po rozczesaniu ich na sucho. Dość regularnie używam też masek z dodatkiem nafty, rzadko zaś olei. Kondycja włosów jest naprawdę w porządku (choć pewnie mogłoby być lepiej) - są gładziutkie, miękkie i zdyscyplinowane.


Choć powyżej nie wiedzieć czemu wyglądają na względnie krótkie są (jak dla mnie) bardzo długie - najdłuższa warstwa ma 44cm. Rosną sobie powoli, nie poganiam ich, bo swoją wymarzoną długość osiągnęłam już jakiś czas temu. Na zdjęciu w koku, który swoją drogą nie wyszedł zbyt dobrze (nadal średnio umiem posługiwać się wypełniaczem) trochę widać Babyhair.

Nie będę się dokładnie rozwodzić nad aktualną pielęgnacją, bo przygotowałam o tym dokładny post. Na koniec chciałam jeszcze wspomnieć jak po prawie 2 letnim stażu włosomaniaczki odbieram teraz cały ten temat dbania o włosy :)

* jestem bardziej systematyczna, wszystkie czynności wykonuję raczej schematycznie,
* nie kupuję produktów do włosów i staram się wykończyć zapasy odżywek,
* nie mam już takiej "włosowej obsesji", do pielęgnacji podchodzę z głową,
* nie próbuję zmieniać ich na siłę, zaakceptowałam ich kolor oraz fakturę (z tym drugim trochę gorzej)

POZDRAWIAM! :)

Czytaj dalej »

Lifestylowa sobota - Mój dzień kobiet i wyniki rozdania

Postanowiłam skorzystać z okazji i trochę pochwalić się prezentami oraz w przeciwieństwie do poprzedniego wpisu dodać coś pozytywnego i na luzie. Niestety włosowa aktualizacja nadal musi poczekać :) 

Posłuchałam Waszych rad i odpuściłam sobie denerwowanie się o wszystko, faktycznie z wieloma rzeczami/osobami po prostu się nie wygra. Miałam dziś szkołę, ale nie poszłam, nastawiłam się, że pierwszą część dnia poświęcę tylko i wyłącznie sobie. Maseczka na twarz, na włosy olej i nafta, długa kąpieli i ulubiony wosk o zapachu czereśni - czuję się zdecydowanie lepiej, pozytywniej nastawiona!


Mój TŻ wiedział doskonale jaką mam ochotę na pędzel, ale gdy przychodziło do zakupu szybko zmieniałam zdanie zastanawiając się czy jest mi właściwie potrzebny? Nie ukrywam, że nie jestem mistrzem makijażu i na co dzień używam tylko Rossmannowskich pudrów zamiast tych wszystkich baz, podkładów itp. Odkąd jednak przeczytałam u Ani (Majtki Rambo) o tym jak polubiła puder dzięki nakładaniu go za pomocą pędzla moja ochota na niego wzrosła jeszcze bardziej. Dnia wczorajszego stałam się posiadaczką co prawda nie Hakuro, ale Ellite Models i jestem bardzo zadowolona :)

Do tego wybrałam sobie dwa pudry kompaktowe, bo póki co nie zamierzam inwestować w mineralne. Pierwszy to mały eksperyment z Lovely - Princess Face (już zdążyłam go polubić, ale niestety zima dobiega końca i nie mogę się przyzwyczajać, bo powoli kolekcja kończy się w Rossmannach). Drugi puder to już mój stary przyjaciel z Constance Carrol - Compact Refill.


I jeszcze coś dla łasucha - opiekacz do tostów :D marzył mi się już od wieków, bo czasem lubię zjeść sobie coś tego typu. Po fast-foodach (które uwielbiam) czuję fatalnie, zawsze mam murowany ból brzucha, więc domowe tosty są świetną alternatywą :)


PS. Dla dwóch osób los też się dziś uśmiechnął - w moim rozdaniu, w którym można było zgarnąć zestaw L'biotica zwyciężają:

Hydrożelowa maska "active gold" + regenerujący balsam do ust "medic" - Sekrety naszego piękna
II  Hydrożelowa maska "active gold" + aktywne serum do rzęs na dzień - Karolina Kos

Bardzo proszę o przesłanie danych dotyczących wysyłki na mój e-mail minthairr@o2.pl , a osoby, którym się tym razem nie udało zapraszam do wzięcia udziału w moim konkursie Shinybox :)

I na koniec chciałam życzyć Wam WSZYSTKIEGO CO NAJLEPSZE (nie tylko w dniu naszego święta)! 

Paula ;)

Czytaj dalej »

FOTOMIX: Luty w kilku zdjęciach + trochę narzekania na wybór szkoły

Miała być dziś włosowa aktualizacja, ale szczerze brak mi sił na pisanie sensownego postu, a fotomixy dużo łatwiej i szybciej się tworzą ;) 

Standardowo zdjęć niedużo, właściwie wykonane tylko w domu, bo głupio mi wyskakiwać w publicznych miejscach z cyfrówką, a aparat w telefonie jest koszmarny. Luty minął szybko, było kilka miłych chwil (większość już pewnie ma dość tematu walentynek, ale przyznam, że moje były bardzo udane) choć dawno nie czułam się tak zmęczona jak właśnie w ubiegłym miesiącu, a marzec zapowiada się jeszcze intensywniejszy. 


1. Ostatnimi czasy wręcz uwielbiam wszelkie brokatowe i piaskowe lakiery. Za każdym razem staram się malować paznokcie inaczej i czym innym tak by szkoda mi było znów je obgryźć ;)

2. Nieco potargane końcówki - jak można zauważyć włosy znacznie się rozprostowały i właściwie tylko końce mają tendencję do kręcenia (więcej o tym w aktualizacji). Dodatkowo kawałek kwiecistej bluzy - strasznie się cieszę, że na nowo ten motyw wraca do łask, bo lubię kwiatki na ubraniach :)

3. Osobiście wybrany i zakupiony przez Konrada lakier Night Show 7 - choć bardzo podoba mi się na paznokciach straszny z niego upierdliwiec - schnie godzinami. 


4. Wielka i mięciutka poduszka jest mega zbawienna dla mojego (niestety nadal) niewygojonego tragusa. Wreszcie mogę leżeć na prawym boku :D poza tym lubię takie walentynkowe gadżety, nie czuję się na nie za stara :)

5. ...walentynek ciąg dalszy.

6. Uwielbiam czytać i mogłabym robić to godzinami, ale tylko pod warunkiem, że jest to coś co mnie interesuje. Mam już szczerze dość szkolnych lektur i tylko czekam, aż wreszcie będę mogła całkowicie przerzucić się na coś naprawdę ciekawego. "Tango" zmęczyłam akurat w jedno popołudnie, ale aktualnie czytam "Dżumę", która muszę przyznać nie jest zła.


7. Hamburger z Biedronki - do ostatniej chwili wahałam się czy jeść, wygląd nie zachęcał do zjedzenia (szczególnie przed podgrzaniem) jednak okazał się wyjątkowo smaczny.

8. Jest ktoś kto nie lubi Kinder Mlecznej Kanapki? Jak dla mnie zdecydowanie za słodka, brr :<

9. No i oczywiście w Tłusty Czwartek musiał pojawić się wielki pączek z czekoladą! :) 


Na koniec chciałam się trochę wygadać, bo jestem tak wkurzona, że potrzebuję to z siebie wyrzucić. Jestem ogromnie zawiedziona moją szkołą - wybierając ją kierowałam się niestety nie zainteresowaniami, a dość dobrą opinią, faktem, że mam względnie dobry dojazd i w dużej mierze namową rodziny. Teraz myślę, że to była najgorsza z decyzji jakie kiedykolwiek podjęłam - brak tu współpracy z nauczycielami, mam wrażenie, że robienie uczniom na złość to hobby niektórych z nich, zero zrozumienia, absolutnie nie ma mowy o przyznaniu się do błędu (dajmy na to przykład w którym pani X rozdała nam sprawdziany z działu 4 zamiast 3, po zwróceniu jej uwagi kazała nam się uciszyć i robić zadanie bez dyskusji, nieważne, że przecież nie mamy o tym pojęcia). Podstawowe przedmioty są tu na zasadzie "byle się odbyły, nieważne, że byle jak", a zawodowe to już kpiny - nie wiem jak ktoś kto nie ma zielonego pojęcia o przedmiocie którego uczy ma przygotować nas do zdania egzaminu na minimum 75% (zwłaszcza, że chodzi o ekonomię co niestety proste nie jest)? Czuję, że zmarnowałam 4 lata, rozsądniej byłoby wybrać liceum, ale jak to mówią mądry Polak po szkodzie ;)

Wybaczcie takie negatywne uzewnętrznianie, ale po prostu brak mi już do tego wszystkiego sił. Ledwo wyrabiam się z bieżącymi lekcjami, a gdzie tu mowa o pisaniu pracy maturalnej czy w ogóle przygotowaniu do matury. Ostatnio nawet przerzuciłam się na tryb nocy i praktycznie każdej nie śpię (robię zadania z matematyki, której swoją drogą obawiam się najbardziej), za to po południu padam na 3-5 godzin. Oczywiście, przez to chodzę naburmuszona, zmęczona i negatywnie do wszystkiego nastawiona.

Pomarudziłam i trochę mi lepiej, a teraz idę odespać. 
Pozdrawiam! :)

Czytaj dalej »

Kosmetyczne nowości lutego

Staram się jak mogę nie kupować zbędnych rzeczy i oszczędzać - założyłam sobie, że banknoty ogólnie na przyszłość, a monety na nowy aparat. W lutym parę razy zgrzeszyłam, ale do każdej rzeczy mam usprawiedliwienie :D


1. Szampon rewitalizujący YVES ROCHER - skusiła mnie kuzynka, która akurat robiła zamówienie. Jeszcze nie przetestowałam, czeka w baaardzo długiej kolejce :)

2. Płyn do kąpieli Wellness & Beauty (figa i róża) - pięknie pachnących produktów do kąpieli nigdy dość, zwłaszcza, gdy 400ml kosztuje około 3zł (uwielbiam promocje w Rossmannie!)

3. Żel + oliwka Lirene - właściwie to samo co w punkcie 2 - zapach cudowny, cena w ok. 3zł, jeśli dobrze pamiętam kupiłam w opcji "na do widzenia" w Rossmannie, a szkoda, bo już zdążyłam polubić.

4. Woda toaletowa Be Romantic AVON - zapach bardzo kwiatowy, typowo na wiosnę, jak dla mnie pachnie wodą różaną choć podobno to piwonia. Perfumy dostałam od mamy, więc jestem rozgrzeszona :)

5. Róż Summer Blush 2 SENSIQUE - dorwany w Naturze za 3zł. Jak widać bardzo ciemny (zwłaszcza dla takiej bladej twarzy jak ja), ale myślę, że idealnie nada się na nocne imprezy :D póki co poleży sobie do skończenia szkoły, bo mam istne urwanie głowy.

6. Diamentowa Eveline - wypróbowałam już mnóstwo odżywek, ale ta pokonuje każdą. Ostatnio używam jako bazę pod lakiery i jestem bardzo zadowolona - znacznie przedłuża trwałość i nieco poprawiła ogólny stan paznokci (choć nie wiem czemu, ale wcześniej efekty były lepsze).


Od jutra mam próbne matury, więc znów będę niezbyt aktywna, aż mi głupio, gdy myślę o tych wszystkich e-mailach jakie na mnie czekają :( może uda mi się w okolicach wtorku wrzucić włosową aktualizację i trochę narzekania :) 

Czytaj dalej »
Paula Es | beauty & lifestyle blog © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka