Jak zostałam włosomaniaczką? :)


Dziś post o początkach mojej włosowej kariery. Kilkakrotnie już o tym wspominałam, ale postanowiłam opowiedzieć Wam o tym dokładnie - jak to było, krok po kroku. W sumie wpis ten ''leży'' w moich roboczych już dosyć długo, co kilka tygodni coś tam w nim jeszcze poprawiałam, ale chyba najwyższy czas by wreszcie znalazł swoje miejsce na blogu :)


Wszystko zaczęło się ponad dwa lata temu kiedy to do głowy wpadł mi pomysł pomalowania włosów na blond. Nie miała to być bardzo rażąca zmiana, a jedynie delikatne rozjaśnienie. Nie brałam wówczas pod uwagę dekoloryzacji - miałam nadzieję, że drogeryjna farba ładnie pokryje mi włosy na kolor taki jak na opakowaniu. Niestety szybko przyszło rozczarowanie, bo wszyscy powtarzali mi, że na moich wielokrotnie malowanych szamponem do 24 myć (dobry żart - Palette została we włosach na zawsze) nic takiego nie wyjdzie. I w tym momencie zaczęło się moje włosowe kombinowanie.

Postanowiłam, że nic mnie nie powstrzyma przed samodzielnym wypłukaniem szamponu koloryzującego. Codziennie po szkole nakładałam na nie sok z cytryny, miód, wodę utlenioną i alkohol (!), bo tak pisano na Wizażu. Kupiłam kilka rumiankowych odżywek, szampon dla blondynek, którym co wieczór kilkakrotnie szorowałam włosy. Efektów nie było żadnych poza odrostami, które faktycznie odrobinę zjaśniały. 

Kolejnym etapem była wizyta u fryzjerki z tak zwaną "pasją". Powiedziała, że najlepiej byłoby ściąć je jak najwięcej i poczekać, aż odrosną w naturalnym kolorze. Pamiętam jak ze łzami w oczach opuściłam salon obiecując sobie w myślach, że nigdy więcej tam nie wrócę. Włosy zostały skrócone do ramion co akurat nie było złe, bo lubiłam krótkie (szybciej się je prostowało). Niestety panią fryzjerkę nieco poniosły emocje, bo pocieniowała je od samej góry - DOSŁOWNIE. Od tego dnia nie pomagała nawet prostownica, włosy wywijały się w dziwaczny sposób, nie dało się ich nawet związać.

W między czasie oczywiście nadal praktykowałam swoje "rozjaśniające metody", równocześnie moja koleżanka Monika coraz więcej opowiadała mi o tym co ostatnio przeczytała na wizażu lub na blogach. Wydawało mi się to strasznie śmieszne, bo "jak można kłaść na włosy olej? przecież przez to będą wyglądać jak tłuste!". Powoli sama poszłam jej śladem, z bólem serca odstawiłam prostownicę, następnie powstał blog, a ja zaczęłam gromadzić coraz więcej włosowych kosmetyków i doświadczeń. Dalszą historię już chyba znacie :)

Aktualnie do tematu włosów staram się podchodzić racjonalnie, chyba zresztą przestałam mieć taką ''niezdrową obsesję''. Dziesięć razy zastanowię się zanim coś kupię, nie wariuję już w kwestii zapuszczania, itp. Włosy jak wiecie ostatnio od połowy rozjaśniłam, nie suszę, a prostuję/pokręcam tylko czasami. 

18 komentarzy :

  1. Też na swojej drodze spotkałam nadgorliwą fryzjerkę, która wycieniowała mi włosy po sam czubek głowy plus obcięła grzywkę jakby od garnka i wyglądało to tragikomicznie... :P
    Przez tydzień czasu nie chciałam chodzić do szkoły ;) Koniec końców pomogły mi wsuwki, opaski i zaczesywanie włosów do tyłu. Teraz uważam gdzie chodzę i w jakie ręce oddaje swoje włosy ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój problem to włosy jak siano, mimo iż nigdy ich nie prostuje (raz na pół roku?), nie susze, nie maluje. I przetluszczaja się niemiłosiernie przez co musze myć je codziennie. Katorga. ; (

    OdpowiedzUsuń
  3. też mniej więcej 2 lata temu zaczęłam swoją przygodę z włosomaniactwem... ale na szczęście już mi przeszło :) znaczy nie kupuję miliarda kosmetyków, a na włosy stosuję tylko to, co lubią :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, też czuję, że mi przeszło i nie potrzebuję kupować tylu rzeczy, ale niestety muszę jeszcze zużyć wielkie zapasy :)

      Usuń
  4. ja po takiej przygodzie u fryzjera, chyba obcinałaby sobie sama włosy od garnka :D

    OdpowiedzUsuń
  5. U mnie przygoda z włosami również rozpoczęła się od rozjaśniania włosów... I tak mi już zostało. :) Dopiero od niedawna zaczęłam walkę o powrót do naturalnego koloru. :D Ja niestety od ponad 3 lat jestem na etapie niezdrowej obsesji i kupuję dziesiątki specyfików do włosów. :( Co prawda zużywam wszystkie do końca, bo czasem daję sobie szlaban na zakupy "włosowe", ale uwielbiam testować nowości. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja bardzo lubie zmieniac szampony , i tyle jesli chodzi o moja '' wlosowa rutyne' haha :)

    http://klaudiaandmylife.blogspot.co.uk/

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie lubię fryzjerów... Kiedyś wyszłam z salonu z tak pocieniowanymi włosami, że z prawej strony sięgały połowy ucha a z lewej połowy szyi :/

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny blog! Zaczynam Cię obserwować, bo z chęcią zajrzę tutaj kolejny raz po jakieś włosowe rady. :) Przy okazji serdecznie zapraszam do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszczę takich pięknych włosów, ja po tysiącach eksperymentów mam siano zamiast włosów :<


    Zapraszam do siebie http://princessofdeadline.blogspot.com/2015/01/nigdy-nie-chciaam-byc-blogerka-modowa.html

    OdpowiedzUsuń
  10. mam dziwne wrazenie ze notka nagle sie urwala :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. powiem szczerze, że sama miałam takie wrażenie, gdy czytałam to ostatni raz przed opublikowaniem :) ale w którymś momencie musiałam to skończyć :)

      Usuń
  11. Fajna historia, u mnie też farbowanie przyczyniło się do osłabienia i przerzedzenia włosów, a potem było już coraz gorzej. Do tego osłabił mi je jeden lek. Każdy od czegoś zaczyna :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Oj takie fryzjerki to zło! Wolę sama podcinać włosy!

    OdpowiedzUsuń
  13. Każda włosomaniaczka w pewnym sensie miała podobnie :) Ja również była opanowana początkową obsesją i trochę czasu minęło aż przestałam aż tak się "emocjonować" :) Nadal potrafię coś kupić na emocjach, ale teraz te pieniądze już raczej nie są wyrzucone w błoto :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Dlatego właśnie ja nie mam zaufania do fryzjerów. Końcówki podcina mi ktoś w domu.
    Najważniejsze, że teraz włosy masz w znakomitej kondycji :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja tez od dawna kombinuje z włosami i aż dziwie się, że są w tak (powiedzmy) dobrym stanie. Na tą chwilę zapuszczam i dbam o nie jak tylko mogę :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Moja historia o włosach jiest długa i kręta:P Ale najgorsze wspomnienia to wydanie 100 zł za "ombre" po którym moe włosy wyglądały jak bym nic z nimi nie zrobiła... dosłownie. A 2gie to ścinanie grzywki na bok u tej samej fryzjerki, wyszło tak że miałam na czole mocno wycięty trójkąt i przez rok w gimnazjum miałam przezwisko "stożek". Od tego czasu nie ufam fryzjerom, choć teraz chcę znów spróbować, aby z prawie czarnych włosów wrócić do naturalnego blondu :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Paula Es | beauty & lifestyle blog © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka